Wspólne darcie pierzy

Jak to jest, że kiedy się zbiorą mężczyźni to zazwyczaj piją albo się biją a kiedy kobiety, to zaraz się biorą do roboty. Zastanawiałam się nad tym, nie bez pewnej satysfakcji, że też w sumie jestem kobietą, podczas długiej i tajemniczej rozmowy z Antosią S. lat 52. Moja rozmówczyni całą swoją “pierwszą” młodość spędziła na wsi i poznała się na mistycznych nieomal obyczajach wiejskich, które dla mnie (lat 32) są już tylko ciekawymi historiami z czasów, które ledwie pamiętam.

Kiedyś babcia ubrała nas (mnie, siostrę i kuzynki) w fartuchy i okutała w jakieś dziwaczne chustki, sadzając przed workami z pierzem, ale nic szczególnego temu nie towarzyszyło. Pośmiałyśmy się (głównie ze swoich wyglądów) a kiedy zaczęły nas boleć ręce od “darcia”, babcia wspaniałomyślnie wypuściła nas na wolność. Pamiętam, że drobne piórka drapały mnie jeszcze do wieczora, do obowiązkowej kąpieli. Babcia chodziła potem trochę obrażona, nie wiedziałam wtedy dlaczego, ale w świetle informacji, które zebrałam, zaczynam się domyślać.

To darcie, jak wyjaśniła mi rozmówczyni, to był taki rodzaj inicjacji, symbolicznego przyjęcia do grona prawdziwych kobiet z danej miejscowości. Na ten wieczór można się było do nich zbliżyć, posłuchać ich żartobliwych historyjek a czasami nawet dowiedzieć się niejednej tajemnicy, co dla nastolatki, jaką była wtedy Antosia, było wręcz niemożliwe.

– Gdzie jakaś smarkata, a gdzie prawdziwe gospodynie – mówi. Na “pierzoku”, kiedy mama mnie zabrała, siedziałam cichutko jak myszka i słuchałam tego, co one opowiadały. Czasem śmiałyśmy się do łez, a czasem, chociaż rzadko, bywało bardzo poważnie, kiedy ktoś opowiadał o swoich przeżyciach, albo jakąś historię z dawnych lat. Niektóre starsze kobiety pamiętały wojnę, inne przekazywały, jak się ludziom żyło przed wojną. To była lekcja życia i historii. I nikt nic z “pierzoka” nie wynosił, co było powiedziane tam, tam zostawało. Kiedy baba coś rozpowiadała po wsi, to już jej więcej nie zapraszano.

– Ale o co w tym chodziło? Nie łatwiej było wszyć watolinę do pierzyny, niż tak siedzieć i zdzierać palce do krwi? Albo całe piórka wsadzić, takie małe. – Nie mogłam pojąć.

– Jaka watolina, kto wtedy by takie badziewie na wsi kładł pod głowę?! A na miękkim puchu to się miło później spało. Ktoś to musiał zrobić! A że lepiej praca idzie w towarzystwie, to się kobiety zwoływały wieczorami, głównie zimą i jesienią, kiedy nie było tak dużo roboty w polu. Raz u jednej się spotykały, raz u drugiej a potem ta gospodyni wszystkie podejmowała kolacją i dalej się śmiały, plotkowały.

– A mówiłaś, że nikt z tego zdjęć nie robił. Dlaczego?

– Bo to nie było na zdjęcia, tylko tak “nieoficjalnie”. No, jakby Ci to wyjaśnić. Nikt się przecież na “pierzoka” nie stroił, tylko przychodziło się w najgorszym ubraniu, bo przecież całe było w pierzu. Inne podejście było do zdjęć. Nikt takich “naturalnych” nie chciał, nie godziło się.

– A co kobiety śpiewały? Przyśpiewki jakieś? Czy co komu w duszy grało? Bo mówiłaś, że jak już były zmęczone to śpiewały, żeby sobie dodać siły.

– Jakieś takie wiejskie przyśpiewki, trochę kościelnych, zależy od pory roku. Nawet zdarzało się, że któraś litanię zaczęła..

– O matko, ja bym chyba uciekła, to strasznie długo trwa! A takie pierzoki to ile trwały przeciętnie?

– Czasami nawet dwa wieczory, aż się pierze skończyło, aż do dna.

Zamyślone i zapatrzone w bardzo współczesną ścianę mieszkania w bloku, obie z nostalgią popijałyśmy herbatę. Ja trochę z zazdrością, że nie mogę tego pamiętać, Antosia pewnie jakoś chciała zatrzymać to swoje młodzieńcze wspomnienie. Może jej trochę pomogłam.

kst