Na Piotrkowskiej w Łodzi …

-„Pił jak szewc i klął jak szewc… a przy tym buty jak spod igiełki. Kiedyś to się mówiło, wie Pani, buty, jak od szewca” – opowiada sąsiadka z Łagiewnickiej, Pani Halinka l. 67. I dodaje: „Ja na swoje buty komunijne czekałam z mamusią miesiąc, bo to były przymiarki, potem się oczekiwało. Ale człowiek wiedział, że jak taki but założy to nic mu nie się wydarzy. Obcas nie miał prawa odpaść, to byłby wstyd dla zakładu! A teraz…”

– No, ale cena też była inna, prawda? – wtrącam, dla porządku.

– Ale w sumie na jedno wyszło, bo jak Pani musi w sezonie dwie pary kupić, a tamte to był BUT, że siostra po siostrze chodziła!

– A teraz to Pani u szewca robi, czy kupuje? – pytam.

– Kupuję, jak wszyscy.

Po chwili dodaje: – I wcale niezadowolona jestem. Ale wie Pani, jak coś się rozleci, to od razu do zakładu niosę. O tutaj blisko Pani szewcowa przyjmuje. Na Łagiewnickiej za tym mistrzem fryzjerskim.

–  Wiem, robiłam tam obcasy…

– No właśnie! – ucieszyła się Pani Halinka.

W rewanżu za wspomnienia, opowiedziałam Pani Halince całkiem nową historię szewca z łódzkiej Piotrkowskiej, Dariusza Lewandowskiego, który w marcu 2010 uszył buty ambasadorowi Łotwy. Uszył je na miarę, po przymiarce, która odbyła się dwa tygodnie wcześniej. Ambasador zażyczył sobie buty szpilkowane, czyli wzmocnione od spodu drewnianymi kołkami. W środku wyścielone skórką, żeby oddychały. Zapłacił za nie 390zł i odebrał je osobiście.

– Świetna historia, naprawdę?! – powiedziała Pani Halinka.

– Naprawdę, o tutaj napisali.

Pokazałam sąsiadce, która dopiero „uczy się komputera” artykuł o szewcu i ambasadorze.

kst